Festiwal młodych talentów organizowany od 2007 r. przez szczeciński oddział Polskiego Radia ma łudząco podobną nazwę do nagrody amerykańskiego przemysłu fonograficznego. Dzięki temu znalazł się na celowniku prawników.

Jedna z warszawskich kancelarii rzeczników patentowych zgłosiła wniosek o unieważnienie znaku Festiwalu Gramy w ubiegłym roku, ale od tego czasu nie przedstawiła ani pełnomocnictw do reprezentowania National Academy of Recording Arts and Science, ani dokumentów, które wskazywałyby na rejestrację znaku Grammy w Unii Europejskiej.

Wniosek kancelarii to typowe działanie na rzecz biura IP wielkiej korporacji. Przywalamy wszędzie tam, gdzie jest choćby cień podejrzenia o naruszenie praw własności intelektualnej. Nawet jeśli ze szkodą dla zdrowego rozsądku.

Z jednej strony można traktować to jako zwyczajną nadgorliwość. Kancelaria musiała się wykazać, więc na dalekiej prowincji odnalazła zuchwałą próbę naruszenia znaku towarowego. I to jaką – dokładnie w tej samej branży! Wprawdzie upłynęły dwa lata zanim fama podobno ogólnokrajowego festiwalu dotarła do stolicy, ale to już inna sprawa, liczy się sukces.

Z drugiej strony można to rozumieć. Nie wiadomo jaka będzie przyszłość i czy firma, która podrabia nasze produkty nie stanie się koncernem na światową skalę. A wtedy będzie miała argument, że nie reagowało się na próbę naruszenia. To też kwestia naruszenia renomy i reputacji podrabianego produktu. Jednak w tym przypadku warto się zastanowić, czy rzeczywiście jest możliwe, że Festiwal Gramy zaszkodzi bardziej znanemu Grammy i odbierze mu popularność i uznanie?

Tomasz Sikorski