Polskie firmy i wytwórcy dość rzadko ubiegają się o wydawane przez Unię Europejską certyfikaty przyznawane produktom regionalnym i tradycyjnym. I w ten często sposób pozbawiają się szansy na dobre budowanie marki swoich produktów.

Na unijnej liście produktów regionalnych i tradycyjnych znajduje się zaledwie 15 pozycji z Polski. Mimo że jest to niezwykle elitarne grono, to producenci nie kwapią się, by uzyskać odpowiednie certyfikaty potwierdzające, że produkty zostały wytworzone zgodnie z tradycyjną procedurą.

Nic to, że bez nich oscypka nie można nazwać oscypkiem. Jak donoszą media, w tym roku po zaświadczenie zgłosiło się jedynie 3 baców, w ubiegłym – 12. To raptem co dziesiąty producent tego sera. Jeszcze gorzej jest z bryndzą – było ich 3, w tym roku 2. Ciężko ich namówić na ubieganie się o certyfikat, jeśli sprzedają ser, ale pod nazwą „góralski” lub „bacowski”. Bo i tak, jak rzekł klasyk, „ciemny lud to kupi”.

Nie występując o certyfikaty producenci w rzeczywistości działają na swoją niekorzyść. Z jednej strony można się obawiać o popyt, bo produkty z unijnymi znaczkami są o kilkadziesiąt procent droższe, ale z drugiej strony, zwolenników żywności tradycyjnej i ekologicznej jest coraz więcej. A poza tym, ten znaczek jest często jedyną rzeczą, która może przyciągnąć zagranicznych odbiorców. Trudno się spodziewać, że będzie to polskie pochodzenie…

W ten sposób Polacy sami marnują szansę na uczynienie ze zdrowej żywności jednym ze swoich znaków rozpoznawczych. A producenci – na zbudowanie dobrej marki swoich produktów.
Co więcej, dostrzegła już to Bruksela. Polski rząd chciał uzyskać dofinansowanie na kampanię promocyjną w tym zakresie, jednak Unia odmówiła, bo, uwaga, zarejestrowaliśmy za mało produktów.

Tomasz Sikorski