Każda poważna firma, która opiera się na wartościach niematerialnych i prawnych, powinna korzystać z usług biura IP. Jednak ekspansywne egzekwowanie prawa nie może być zupełnie ślepe i wbrew zdrowemu rozsądkowi.

O tym jak skuteczni mogą być prawnicy korporacyjni, przekonał się właściciel pubu Eastwoods Tavern, położonego o rzut kamieniem od stadionu Loftus Versfeld w Pretorii. Chciał trochę skorzystać z nadchodzącej imprezy i na swoim lokalu umieścił napis „World Cup 2010” oraz flagi państw, których reprezentacje uczestniczą w turnieju. Cóż, gdyby bar znajdował się w jakiejś zapadłej dziurze, to może nikt by się nie zorientował. Jednak obok stadionu… można było się domyślić, że przedstawiciele FIFA czy zależnej od niej spółek dojrzą go choćby jadąc taksówką z lotniska lub po prostu przechadzając się w okolicy. Akcja była szybka. Złożyli pozew, a sąd orzekł: nie można używać zestawień „World Cup 2010”, „2010 Republic of South Africa”, ani wspomnianych flag, bo to jest zarezerwowane dla FIFA i oficjalnych sponsorów imprezy. Właścicielowi nakazał zdjęcie wszystkiego i zapłacenie kosztów procesu.

A teraz drugi przykład. Lauren McClusky, utalentowana ponoć gitarzystka, od 2007 r. organizuje mały festiwal w Chicago. Nazywa się on McFest (od jej nazwiska), a dochody z niego są przeznaczane na dziecięce paraolimpiady. Wszystko było w porządku i przez ten czas na zbożny cel udało się uzbierać 30 tys. dolarów, ale młoda panna postanowiła zarejestrować McFest jako znak towarowy. I tu pojawił się problem. Prawnicy McDonald’s doszli do wniosku, że to naruszenie praw firmy, bo nazwa festiwalu kojarzy się z nazwami z rodziny Mc, zarejestrowanymi przez wielki koncern. McClusky chciała wszystko rozwiązać polubownie i dalej organizować imprezę, ale McDonald’s domaga się zmiany jej nazwy. I pewnie nie miałaby na to szans, ale poparła ją spora grupa osób, organizujących się m.in. przez Facebook. Jak to się skończy, czas pokaże – rozprawa jest planowana na grudzień.

Te dwie historie pokazują, że duże firmy dbają o swoje marki. Jednak nawet najlepiej rozumiane prawo do egzekwowania własności nie może stać na przeciw zdrowemu rozsądkowi. Co mają zrobić ludzie pochodzenia irlandzkiego, którzy chcieliby umieścić w nazwach swoich firm litery „m” i „c”? To wprawdzie jaskrawy przykład, ale takie sytuacje będą coraz częstsze.

Aby odpowiednio chronić marki, firmy powinny korzystać z usług biur IP. Jednostki te, złożone nie tylko z prawników, reagują na przejawy naruszenia praw, same wyszukują takich przypadków i doradzają jak wtedy reagować. Wskazują również na działania, które należy podejmować, by nie wystawić na szwank wartości marek. Wskazują, czy lepiej je rozszerzać (i w jaki sposób), jak negocjować ich sprzedaż, kupno, jak zarządzać ich portfelem. Wprawdzie utrzymanie takiego biura niesie ze sobą koszty (w Polsce żadna z firm nie ma biura IP z prawdziwego zdarzenia, a pojedyncze zatrudniają tylko rzeczników patentowych), ale można korzystać z takich usług na zasadzie outsourcingu. Wraz ze wzrostem znaczenia marek, wzrastać będzie ilość interwencji biur IP.

Swoją drogą, na procesach ze znanymi firmami można również zyskać. Pub z Pretorii byłby znany tylko okolicznym mieszkańcom, a tak – ma darmową reklamę na całym świecie. No, prawie darmową.
A Polaków za dwa lata czeka podobna impreza i na pewno będziemy świadkami niejednego oskarżenia o ambush marketing. Więc generalnie – jeśli ktoś nie jest oficjalnym sponsorem i nie lubi mieć do czynienia z sądami, to odradzamy używania nazwy Euro 2012, a tym bardziej kwiatowego logo, bo UEFA nie jest bardziej wyrozumiała niż jej większa siostra.

Tomasz Sikorski