Coraz więcej firm chwali się certyfikatami przyznawanymi przez różne instytuty i stowarzyszenia, choć ich reputacja nie jest gwarantem wiarygodności. Marketingowcy mają dobry humor, a klienci – cóż – może się złapią.

Ile głosów wystarczy, aby dostać Laur konsumenta? Niecałe 200. Ile trzeba zapłacić? Jak podaje Newsweek, od 15 do 40 tys. złotych. Ot, cała filozofia. W ciągu ubiegłego roku firma organizująca „badanie” 1,5 tys. produktów przepytała zaledwie 80 tys. osób. W jaki sposób te wyniki mogą być reprezentatywne – trudno orzec.

Najczęściej organizatorzy działają według schematu – płaci się za badanie, reklamę, wykorzystanie logotypu konkursu albo inną usługę, a w zamian dostaje się tytuł. Niektóre firmy są bardziej bezczelne i, żeby reklamować jakiś produkt, same zakładają stowarzyszenie, które przyznaje rekomendacje.

Jednak nie każdy certyfikat trzeba traktować niepoważnie. Niektóre instytucje przeprowadzają prawdziwe badania w laboratoriach, i na ich podstawie wydają opinie. Oczywiście, nie za darmo.

Certyfikaty, które wcale nie przydają prestiżu, nie są wcale polską specyfiką. Wyjątkowo łatwo jest uzyskać rekomendację „Energy Star” (których wymagane są od dostawców sprzętu biurowego dla unijnej i amerykańskiej administracji). Prowokacja przeprowadzona przez Government Accountability Office (amerykański NIK) wykazała, że rekomendację może uzyskać nawet nieistniejąca firma na budzik zasilany silnikiem spalinowym.