Wystarczyło, że upadł Orbis Travel, a właściciele marki od razu ogłosili, że to jej koniec. To tylko dowód, że jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich marek była wyjątkowo słaba.

Upadek Orbis Travel nie był zaskoczeniem. Firma niewiele miała do zaoferowania klientom, była fatalnie zarządzana, pieniądze marnowano (np. na palmy w oddziałach za 400 tys. złotych – to trochę opacznie pojmowane corporate identity), a na to wszystko nałożyła się kiepska sytuacja w branży turystycznej. Szefowie Orbis Travel tłumaczą, że winę ponosi właściciel spółki, Enterprise Investors, który jej nie dofinansował, ale to dość naiwne. Zostało 60 mln długu.

Upadek odbił się rykoszetem na innych firmach, i to nie tylko wierzycielach. Dostał były właściciel, Orbis SA, którego akcje w ciągu dnia poleciały w dół. Ciekawe jest to, że biuru podróży licencjonował nazwę, przez co często w mediach mylono jedną z drugą. Trzeba zwrócić na to uwagę, bo firma ewidentnie zaniedbała swój interes. Gdyby przeprowadziła due diligence marki (standardową procedurę do wszystkich składników posiadanej własności intelektualnej), wyszłoby w nim, że z powodu zagrożenia upadkiem Orbis Travel nie powinna być ona licencjonowana. Co więcej, Orbis SA miało dużo informacji na temat stanu firmy, której właścicielem było do początku tego roku, więc to zaniedbanie trudno pojąć.

Ale najciekawsze jest co innego. Dosłownie dzień po aferze Orbis SA zdecydował, że likwiduje markę i już nie zatrzymamy się w oznaczonych nią hotelach. Wprawdzie można zrozumieć, że ponad połowa odwiedzających je gości pochodzi z zagranicy, Orbis nic im nie mówi i łatwiej orientowaliby się widząc inne marki grupy Accor – Sofitel, Novotel czy Ibis. Jednak, mimo wszystko, ten dowód pokazuje, że była tak słaba, że nie warto jej było w ogóle ratować.

Tomasz Sikorski