Ford pozbył się kolejnej marki, która nie pasowała mu do portfela. Po sprzedaniu Volvo, Aston Martina, Jaguara i Land Rovera uśmiercony został Mercury. I w firmie raczej nikt nie będzie po nim płakał, bo to element strategii.

Marka od dawna była nierentowna, a na rynku amerykańskim miała zaledwie 0,8 proc. udziału. Początkowo była zaplanowana jako coś pośredniego między masowym Fordem a luksusowym Linconlnem. Jednak z czasem okazało się, że brakuje na nią klientów.

Oferta bez jasno określonych korzyści dla konsumentów prędzej czy później się skończy – tak jak Mercury. Ford przez lata budował swoje portfolio, co jest jedną ze strategii wzrostu. Ale każda nowa oferta powinna uwzględniać wykorzystanie kompetencji i potencjału rozszerzania, a nie tylko być kolejnym znaczkiem w portfelu marek. Największą sztuką jest bowiem wykorzystanie synergii sprzedażowych, gdy marki są powiązane wizerunkowo, oraz budowanie synergii kosztowych, gdy są niezależne.

Ford realizuje obecnie politykę restrukturyzacji i usuwa marki premium i te słabe wizerunkowo. Można się domyślić, że to strategia koncernu polegająca na skoncentrowaniu się na rynku, gdzie klientów jest najwięcej i gdzie kompetencje firmy są największe. Więc choć takie działanie może mieć negatywne konsekwencje wizerunkowo, to Ford jako właściciel wyjdzie na nim bardzo dobrze. Skupi się na tym, co robi najlepiej i co było podstawą jego sukcesu w przeszłość. I będzie to robić tak długo, aż stwierdzi, że pieniądze są także poza jego kluczową domeną. A wtedy… sytuacja się powtórzy.

Jarosław Filipek