Tureckie linie lotnicze są zainteresowane przejęciem PLL LOT. Prezes Turkish Airlines „nie chce przepuścić takiej okazji” i gotów jest poczekać aż do zakończenia procesu restrukturyzacji polskiego przewoźnika. Z pewnością ma ku temu powody.

Dzisiaj to siódma co do wielkości linia lotnicza w Europie, której celem jest zajęcie czwartej pozycji, tuż za Lufthansą, British Airways i Air France/KLM. Mimo że firma przewiozła 26 milionów pasażerów w zeszłym roku (dla porównania – LOT: 3,6 mln), to działa głównie na zamkniętym rynku. Zakup LOT-u umożliwiłby jej dalszą ekspansję. Joint venture z Lufthansą czy Pratt & Whitney to tylko przedsmak do stworzenia marki międzynarodowej. Choć, jak zapewnia szef tureckich linii, w grę wchodzi tylko kupno PLL LOT ze względu na strategię biznesową pasującą do modelu Turkish Airlines, to wiadomo też o ich rozmowach z serbskim JAT-em. Rodzi się pytanie, czy w takiej sytuacji wchodzący do Europy przewoźnik nie powinien pomyśleć o nowej strategii wizerunkowej i związanej z nią zmianie nazwy i symboliki. Czy funkcjonowanie dawnej nazwy na gruncie europejskim nie byłoby przeszkodą w osiąganiu przez przedsiębiorstwo korzyści finansowych?

Należy się również zastanowić, co zyskają na tej transakcji PLL LOT. Nie od dziś wiadomo, że przedsiębiorstwo ma poważne problemy finansowe i najprawdopodobniej w przyszłym roku dojdzie do jego prywatyzacji. Trzeba podkreślić, że firma to nie młoda panna na wydaniu, lecz obarczona jest licznymi doświadczeniami. Z jednej strony LOT zyskałby silnego partnera. Wzrosłaby też liczba pasażerów z Turcji do Europy Środkowej przez Warszawę. Pytanie, czy oblegane byłyby przez Europejczyków połączenia na przykład z Afryką, w której Turkish Airlines oferują swoje usługi? Z drugiej strony, taka sytuacja grozi polskiemu przewoźnikowi utratą prestiżu, a – być może – dewaluacją marki. Tylko czy utrzymywanie jej „na siłę” ma sens?

Monika Skarżyńska