Jak się okazuje, Orlen ma coraz mniej stacji, ale za to prężnie rozwija sieć ulokowanych przy nich punktów gastronomicznych. Firma przygotowuje zasady użyczania marki Stop Cafe franczyzobiorcom, choć jeszcze nie podjęła ostatecznej decyzji w tej sprawie. Co z tego wyjdzie?

Jak wiadomo, stacja benzynowa to punkt usługowy. Pretekstem odwiedzenia jej jest to, co niezbędne, czyli paliwo do pojazdów. Jednak rozszerzanie marki przez koncerny petrochemiczne w obszarze konsumentów detalicznych nie dziwi już nikogo.

Czy model franczyzy jest do tego najlepszy? Taka propozycja wydaje się ciekawa, bo uzupełnia ofertę. Można się tylko zastanawiać, jaką wartość otrzymają franczyzobiorcy, bo marka Orlen i tak jest tym, co przyciąga klientów. A Stop Cafe to bardziej nazwa opisowa, niż unikatowa marka z prawdziwego zdarzenia. Oferta może więc obejmować koncept biznesowy, a nie pozycję marki przydrożnej gastronomii. Mimo to drzemie w niej duży potencjał, bo punkty przy stacjach to w Polsce jedna z największych sieci sklepów typu convenience.

Jednak jej wykorzystanie zależy od konceptu samej marki. Porównajmy ją z McDrive, która, jak można zaobserwować, jest magnesem dla wielu kierowców. To model, styl życia, ma ogromną siłę. Ale sklepik z kawą i hot-dogiem (oby tak nie wyszło) to raczej dobudówka do stacji niż materiał na silną markę.

Można się więc zastanawiać, czy robić biznes od zera, albo od bardzo niskiego potencjału, czy może lepiej wykorzystać markę-magnes, która przyciągnie dodatkowych klientów dla stacji. W pierwszym przypadku podstawowym źródłem zarabiania będzie opłata franczyzowa i prowizja sprzedaży, co w przypadku zbyt wielkiej zachłanności franczyzodawcy może się zakończyć klapą, gdy franczyzobiorca zostanie obarczony wysokimi kosztami. Bardziej opłacalna wydaje się druga opcja – i to dla obu stron, bo wzajemnie napędzałyby sobie klientów. A dodatkowo – taki układ mógłby powstrzymać kolejne stacje od wychodzenia z sieci partnerskiej koncernu.

Jarosław Filipek