Kiedyś pochodzenie było jedną z cech, przez której pryzmat postrzegaliśmy marki. W dobie globalizacji jej znaczenie zmalało, ale, może się okazać, tylko na pewien czas. Wiele dają do myślenia badania przeprowadzone na rynku amerykańskim.

Jak wynika z informacji Pew Research Center, 65 proc. Amerykanów uważa, że Chiny stanowią „poważny problem” dla USA, a dla 20 proc. społeczeństwa są nawet największym zagrożeniem. Dlaczego po drugiej stronie Atlantyku Państwo Środka jest postrzegane coraz gorzej? Cóż, są ku temu powody, i jest ich coraz więcej. Jakby nie patrzeć, Chiny rosną w siłę, zarówno gospodarczo, jak i politycznie. Spółki z chińskim kapitałem kupują udziały w europejskich i amerykańskich przedsiębiorstwach oraz prawa do znanych marek. Z kolei chiński bank centralny za nadwyżki przejmuje długi wielu rządów (również polskie obligacje) i pewnie niedługo będzie miał pół świata w kieszeni. Chińczycy czują się tak mocno, że nawet prezydent Hu Jintao mówi otwarcie, że dolar powinien być zastąpiony przez juana jako waluta światowa. To na pewno martwi Amerykanów. Poza tym, wiele firm przenosi do Chin swoją produkcję, przez co ludzie tracą pracę.

To może wywołać nacisk konsumentów na te spółki, które są ściśle powiązane z Chinami.

Jak przyznaje Joel Ewanick, CMO z General Motors, jego firma rozważa plan awaryjny na taką okoliczność. Dodaje jednocześnie, że póki co warto żyć dniem i korzystać ze spokoju w stosunkach międzynarodowych wierząc, że nie pojawią się w nich większe problemy.

Jednak tempo zmian w relacjach jest coraz większe i wielkie marki powinny im się dobrze przyglądać. W końcu konsumenci mają w swoich dłoniach bojkot, potężne narzędzie. A jego użycie wcale nie należy do gatunku political fiction.