Współpraca między FoodCare a Dariuszem Michalczewskim zakończyła się nasyłaniem komorników i zajmowaniem towaru w magazynach. Co dalej stanie się z marką Tiger?

Chociaż awantury nie sprzyjają ani markom, ani całej branży, to na rynku napojów energetycznych nie powinno dojść do większych zawirowań.


W gruncie rzeczy większy problem ma Dariusz Michalczewski. FoodCare przygotował się do takiej sytuacji przez wprowadzenie marki n-gine i, co najważniejsze, zabezpieczył się od strony prawnej. To firma jest właścicielem znaku towarowego, więc może nim swobodnie rozporządzać. Poza tym, tempo w jakim n-gine zyskuje udziały w rynku pokazuje siłę FoodCare. Spółka z Zabierzowa ma fabrykę, rozwiniętą dystrybucję oraz dobrze przygotowaną machinę marketingową, a bez tego trudno skutecznie działać. Dariusz Michalczewski, aby utrzymać markę Tiger na rynku, musiałby znaleźć producenta. Czy mu uda się – trudno wyrokować. Inne firmy z branży, nauczone doświadczeniem, mogą nie być chętne do wchodzenia w taki układ. Dodatkowo wizerunek Michalczewskiego jest słabszy i mniej perspektywiczny niż Roberta Kubicy, który firmuje n-gine. I to właśnie ten napój może w największym stopniu wypełnić lukę po Tigerze, jeśli ten zniknie z rynku.

Zupełnie inną sprawą jest pojawienie się Tigera Black. Na pewno przez pewien czas będzie on korzystał z reputacji Tigera, ale wydaje się, że inwestowanie w tę markę może być ryzykowne. Do Urzędu Patentowego wpłynęło zgłoszenie znaku towarowego, ale na pewno Dariusz Michalczewski raczej będzie starał się go oprotestować zarzucając FoodCare nieuczciwą konkurencję. Sprawa może się ciągnąć dość długo. Tiger Black jest może dobrym rozwiązaniem „na tę chwilę”, ale w dłuższej perspektywie lepiej opracować dobrą strategię dla marki n-gine.

Jarosław Filipek